Inflacja wraca do gry, ale tym razem źródło problemu jest inne

Po okresie, w którym spadek dynamiki cen dawał gospodarstwom domowym i firmom chwilę oddechu, temat inflacji ponownie zaczyna przyciągać uwagę. Różnica polega jednak na tym, że dzisiejsze ryzyka nie muszą wynikać głównie z nadmiernego popytu, szybkiego wzrostu konsumpcji czy zbyt luźnej polityki fiskalnej. Coraz częściej źródłem presji cenowej są koszty funkcjonowania gospodarki: energia, płace, regulacje, podatki, logistyka, ceny usług oraz niepewność związana z globalnym handlem.

To zmienia sposób patrzenia na problem. Jeżeli inflacja ma charakter kosztowy, samo ograniczanie popytu może okazać się narzędziem zbyt prostym i społecznie bolesnym. Podwyższone ceny mogą utrzymywać się nawet wtedy, gdy konsumenci kupują ostrożniej, a firmy nie mają pełnej swobody w przerzucaniu kosztów na klientów. Dla Polski oznacza to trudniejszy etap: gospodarka potrzebuje stabilności cen, ale jednocześnie nie może zdusić inwestycji, modernizacji energetycznej i wzrostu produktywności. Inflacja wracająca z innego kierunku wymaga więc nie tylko reakcji banku centralnego, lecz także lepszej polityki energetycznej, sprawniejszego państwa i bardziej odpornego modelu rozwoju.

Dlaczego obecna inflacja nie musi przypominać poprzedniej fali?

Poprzednia fala wzrostu cen była mocno związana z szokami po pandemii, zaburzeniami dostaw, skokiem cen energii oraz reakcją gospodarek na nagłe otwieranie się po okresach ograniczeń. Wiele firm nadrabiało straty, konsumenci korzystali z nagromadzonych oszczędności, a łańcuchy dostaw nie nadążały za zmianami popytu.

W takim otoczeniu inflacja miała charakter szeroki i gwałtowny, obejmując jednocześnie paliwa, żywność, towary przemysłowe oraz usługi.

Dziś sytuacja może być subtelniejsza. Presja cenowa nie musi wybuchać nagle, ale może powoli narastać w kosztach prowadzenia działalności. Firmy mierzą się z droższą energią, wyższymi wynagrodzeniami, kosztami finansowania, cenami najmu, wydatkami na zgodność z regulacjami i koniecznością inwestowania w odporność operacyjną. Nawet jeśli popyt konsumencki nie jest bardzo silny, przedsiębiorstwa mogą stopniowo podnosić ceny, aby utrzymać rentowność.

To ważna różnica, ponieważ inflacja kosztowa bywa mniej podatna na klasyczne rozwiązania. Gdy problemem jest nadmierna konsumpcja, ochłodzenie popytu działa szybciej. Gdy źródłem są koszty, gospodarka może wejść w mniej wygodny scenariusz: ceny pozostają pod presją, a jednocześnie firmy ograniczają inwestycje i zatrudnienie, bo nie mają pewności co do przyszłych marż.

Czy wzrost wynagrodzeń może stać się nowym paliwem dla cen?

Wzrost płac sam w sobie nie jest problemem. Dla gospodarstw domowych oznacza poprawę dochodów, a dla gospodarki może wspierać konsumpcję i ograniczać napięcia społeczne. Kłopot pojawia się wtedy, gdy wynagrodzenia rosną szybciej niż produktywność, a firmy nie są w stanie pokryć wyższych kosztów lepszą organizacją pracy, automatyzacją lub wzrostem sprzedaży.

W takim układzie część przedsiębiorstw przenosi wyższe koszty pracy na ceny. Szczególnie widoczne może być to w usługach, gdzie udział wynagrodzeń w kosztach jest wysoki, a możliwości automatyzacji bywają mniejsze niż w przemyśle. Fryzjer, restauracja, warsztat, firma remontowa, prywatna przychodnia czy lokalna firma transportowa nie zawsze mogą łatwo zwiększyć skalę działania bez zatrudniania dodatkowych osób.

Presja płacowa może więc działać inaczej niż drożejące paliwo czy energia. Jest mniej spektakularna, ale bardziej uporczywa. Raz podniesione wynagrodzenia rzadko wracają do poprzednich poziomów, dlatego wpływają na ceny przez dłuższy czas. Dla gospodarki najzdrowszy wariant to taki, w którym wyższe płace idą w parze z lepszą wydajnością. W przeciwnym razie wzrost dochodów może częściowo znikać w wyższych rachunkach za codzienne usługi.

Jak energia i regulacje zmieniają kalkulację przedsiębiorstw?

Energia stała się jednym z najważniejszych elementów debaty o konkurencyjności. Dla części branż koszt prądu, gazu lub ciepła nie jest dodatkiem do rachunku, lecz fundamentem modelu biznesowego. Dotyczy to przemysłu, przetwórstwa żywności, logistyki chłodniczej, produkcji materiałów budowlanych, hoteli, gastronomii i wielu mniejszych firm usługowych.

Jeżeli energia jest droga lub nieprzewidywalna, przedsiębiorcy podnoszą ceny, ograniczają inwestycje albo przesuwają koszty na podwykonawców. Problem nie kończy się na dużych zakładach. Droższy transport, magazynowanie i obsługa techniczna stopniowo trafiają do cen końcowych, które płaci konsument.

Na inflację mogą wpływać również regulacje. Nie chodzi o to, że każda nowa norma jest zła. Wiele zmian poprawia bezpieczeństwo, standard pracy, jakość produktów lub ogranicza koszty środowiskowe. Jednak każda regulacja ma cenę wdrożenia, a małe i średnie firmy często odczuwają ją mocniej niż duże korporacje.

Do najważniejszych kanałów kosztowych należą:

  • ceny energii elektrycznej, gazu i ciepła,
  • koszty dostosowania do wymogów środowiskowych,
  • wydatki na raportowanie, obsługę prawną i administrację,
  • droższy transport oraz magazynowanie,
  • inwestycje konieczne do utrzymania standardów produkcji,
  • rosnące koszty usług zewnętrznych.

Właśnie dlatego walka z inflacją nie może ograniczać się wyłącznie do decyzji o stopach procentowych. Jeżeli państwo chce trwale obniżyć presję cenową, musi zmniejszać chaos regulacyjny, przyspieszać inwestycje energetyczne i usuwać bariery, które podnoszą koszty działalności bez realnej poprawy jakości gospodarki.

Czy konsumenci nadal mają siłę, by napędzać wzrost cen?

Konsument pozostaje ważnym uczestnikiem procesu inflacyjnego, ale jego rola jest dziś bardziej złożona. Po okresie wysokich cen wiele gospodarstw domowych zaczęło ostrożniej planować wydatki. Część osób porównuje oferty, rezygnuje z droższych marek, ogranicza większe zakupy lub odkłada decyzje wymagające kredytu. To naturalna reakcja na utratę poczucia bezpieczeństwa finansowego.

Jednocześnie nie wszystkie wydatki można łatwo ograniczyć. Żywność, czynsz, energia, transport, leki, opieka zdrowotna czy edukacja dzieci należą do kategorii, w których gospodarstwo domowe ma mniejsze pole manewru. Jeśli ceny tych dóbr i usług rosną, inflacja jest odczuwalna nawet wtedy, gdy konsumpcja dóbr trwałych słabnie.

Dlatego obecna presja cenowa może być dla społeczeństwa bardziej irytująca niż widowiskowa. Nie musi oznaczać nagłego skoku cen na wszystkich półkach, lecz powolne podnoszenie opłat, abonamentów, usług lokalnych i kosztów codziennego funkcjonowania. To inflacja, która mniej przypomina gwałtowny pożar, a bardziej stały przeciek w domowym budżecie.

Dlaczego polityka pieniężna ma teraz trudniejsze zadanie?

Bank centralny może ograniczać inflację przez wpływ na koszt pieniądza, oczekiwania cenowe i skłonność do kredytu. To mocne narzędzia, ale nie rozwiązują każdego problemu. Gdy źródłem inflacji jest energia, administracja, globalny handel lub niska produktywność, wysokie stopy procentowe mogą schłodzić popyt, lecz nie wybudują elektrowni, nie uproszczą przepisów i nie zwiększą automatycznie podaży mieszkań, usług czy pracowników. Zbyt szybkie łagodzenie polityki pieniężnej może jednak podbić oczekiwania inflacyjne. Firmy i konsumenci zaczynają wtedy zakładać, że ceny będą rosły dalej, więc wcześniej akceptują podwyżki. To mechanizm psychologiczny, ale bardzo realny. Jeżeli rynek uwierzy, że inflacja jest tolerowana, trudniej ją później sprowadzić do stabilnego poziomu. Z drugiej strony zbyt długie utrzymywanie restrykcyjnej polityki może hamować inwestycje prywatne. Firmy, które powinny modernizować produkcję, poprawiać efektywność energetyczną i inwestować w technologie, odkładają decyzje, bo finansowanie jest drogie. W efekcie gospodarka może wolniej zwiększać produktywność, a to właśnie produktywność jest jednym z najlepszych długoterminowych lekarstw na inflację kosztową.

Jak Polska może ograniczyć ryzyko powrotu uporczywej inflacji?

Najważniejsze jest rozpoznanie źródła problemu. Jeżeli inflacja wynika z kosztów, odpowiedź musi obejmować nie tylko stronę popytową, ale także podażową. Polska potrzebuje inwestycji, które obniżają koszty działania firm, zwiększają efektywność i zmniejszają zależność od zewnętrznych szoków. Duże znaczenie ma energetyka. Stabilne i konkurencyjne ceny energii mogą działać jak tarcza antyinflacyjna dla całej gospodarki. Nie chodzi wyłącznie o wielkie projekty, ale także o sieci przesyłowe, magazyny energii, efektywność budynków, lokalne źródła ciepła oraz szybsze procedury dla inwestycji. Im mniej przypadkowości w systemie energetycznym, tym mniejsza presja na ceny w przemyśle i usługach.

Równie ważne są produktywność i administracja. Firmy łatwiej utrzymają ceny pod kontrolą, jeśli będą mogły szybciej inwestować, prościej rozliczać obowiązki i sprawniej zatrudniać ludzi o odpowiednich kompetencjach. Inflacja wracająca z kosztów pokazuje, że gospodarka nie może opierać się wyłącznie na gaszeniu pożarów. Potrzebuje mniej hałasu regulacyjnego, lepszej infrastruktury i warunków do długoterminowego planowania.

Źródła

  1. The Welfare Costs of Inflation, 1995, Robert E. Lucas Jr.
  2. Inflation and Economic Growth, 2001, Robert J. Barro
  3. The New Keynesian Phillips Curve, 2005, Jordi Galí
  4. Inflation Dynamics and Monetary Policy, 2015, Maurice Obstfeld
Prof. Leokadia Slamec
Profesor |  + posts

Profesor UJ od kilkunastu lat pracująca jako diler walutowy.